-Szybciej! Izzy Szybciej! Bo nie zdążymy! – w pośpiechu krzycząc na córkę Pani Corelle wyciągała i wkładała coraz to nowe rzeczy z szafy do wielkiego brązowego kufra leżącego na sofie.
-Ależ mamo, zostało nam jeszcze kilka godzin! Poza tym Jared i tak nie jest jeszcze... – urwała, widząc jak matka rozpoczyna bombardowanie jej kącika prywatności... Westchnęła, „Cała mama”. Przez następne kilka minut wszystkie jej rzeczy latały po pokoju, a następnie albo lądowały w kufrze, albo w śmietniku. Przewróciła oczami. Nienawidziła jak mama dobierała się do jej klamotów, po pierwsze z tego powodu że już nigdy ich nie zobaczy a po drugie to, to że mama kocha ją w ciuchach jak dla jakiejś dewotki!
-Kochana mamusiu, pozwól że teraz ja wyręczę Cie w tej jakże czasochłonnej pracy. Nalegam natomiast abyś teraz pomogła mojemu brat w przygotowaniach – matczynym tonem uspokoiła tymczasową głowę rodziny – bo bez twojej pomocy się nie obejdzie.
-Dziękuje, żeś mi o nim przypomniała! – uśmiechnęła się od ucha do ucha i wybiegła zostawiając dziewczynę sam na sam z jej rzeczami. Gdzieś z innego pokoju na końcu korytarza dało się słyszeć jęczący głos chłopaka i donośne „Dzięki!” na cały dom.
-Ma za swoje... - zamruczała pod nosem i zabrała się do pracy.
Wyjazd na całe wakacje raczej nie wymaga takiego świrowania, jakie robi jej mama, co roku. Rodzina, do której miało pojechać rodzeństwo to siostra Pani Corelle – Marisha. Dziewczyna nienawidziła tam jeździć, ciotka miała córkę, która ech, co tu dużo mówić była bardzo pruderyjna. Anna, była w tym samym wieku co Isabella – siedemnastoletnia, ale jak na ten swój dość dorosły wiek mózg miała dziesięciolatki, może przesadza ale w takim razie czy tak dobrze udawała?
Następne kilka godzin zabrało jej sprzątnięcie pokoju i włożenie do kufra tych rzeczy, których najbardziej potrzebowała. Ciotka mieszka w słonecznym Manhattanie, wiec grupy wełniany sweter od babci nie będzie potrzebny. „Ona jak zwykle! Potrzebne, nie potrzebne – i tak wkłada!”.
Pani Corelle uspokoiła się dopiero gdy wpakowała dzieci do autobusu. Teraz była już spokojna, przejadą kilkaset kilometrów no i zaczną wakacje. A tutaj, hmm ją czeka tylko praca. Kolejna podróż w interesach. Nie dość, że męża nie ma przez cały rok w domu, to nawet ona nie może spędzić wakacji z dziećmi! Ale nic na to nie poradzi, takie jest życie. Innymi słowy: Bóg tak chciał.
-Braciszku, bądź tak dobry i zejdź mi z ręki! – przez przypadek dziewczynie wymsknęło się i krzyknęła na cały autobus. Ludzie tylko spojrzeli na nich zmęczonym wzrokiem i odwrócili się. „No masz, tylko potrzeba mi tego, żeby uznali nas za wariatów na przepustce!” – mruknęła pod nosem.
-No nie dąsaj się już siostrzyczko. Zaczynamy wakacje, uśmiech powinien gościć na twej twarzy od ucha do ucha, a ty wyglądasz jakbyś jechała na śmierć – jak zwykle spontaniczny chłopak był przeciwieństwem swojej siostry. Nie tylko wyglądem się różnili, on ciemny blondyn, ona coś pomiędzy rudym a brązowym - czasami nawet śmiali się ze ją adoptowali. Cechy charakteru Jared odziedziczył po ojcu, był tak zwanym ‘maczo’ – kochany przez rówieśniczki, znienawidzony przez facetów z osiedla. Isabella za to, była mądrą, zagubioną marzycielką ale bardzo złośliwą, niezbyt lubianą w szkole dziewczyną.
-Bo jedziemy, a przynajmniej ja. Szczerze to wolałabym się rzucić pod koła jakiegoś tira, może było by weselej niż u ciotki. – tonem urażonego dziecka Izzy spojrzała prosto w oczy brata. Tak bardzo go kochała, był on jej jedynym przyjacielem i przyjaciółką w jednym. Zawsze trzymali się razem, aż nagle to on wyrósł z tych zabaw. Stał się „prawdziwym facetem” i zaczął oglądać się za dziewczynami. Wszystko, co do tej pory robili razem, teraz Isabella robiła sama. Cieszyła się już tylko ze niedługo kończy ogólniak, wyprowadza się z domu i rusza w świat.
-No i jesteśmy! Uśmiech Izzy, nie chcemy chyba zrobić przykrości cioci? –mocnym szarpnięciem obudził dziewczynę ze snu. „Już ranek – szepnęła – Koszmar czas zacząć”. Powolnym krokiem zdechłego słonia ruszyła do drzwi autobusu wlokąc torbę między siedzeniami.
-Kobieto rusz rzesz się wreszcie! – zniecierpliwiony kierowca zaczął ja poganiać, w końcu ich środek lokomocji ruszył a dziewczyna stała przed całą rodziną La Varppe, patrząc na nich oczami wampira i głębokimi dołami pod nimi.
bella/yenn&alice?
skomentuj (5)